Dzisiaj jest: Wtorek, 24 października 2017
Imieniny obchodzą: Antoni, Boleczest, Filip, Hortensja, Marcin, Rafał, Salomon
Vinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo Slider
Opublikowano: czwartek, 09, maja 2013 08:27
Mama przyjechała po śmierć
do Radziszowa
Był rok 1945. Stary drewniany dom, stojący po dziś dzień przy ul. Jagodowej. W nim rozegrała się życiowa tragedia pani Zyty Migdał i jej brata Józefa.
Aniela i Józef Migdałowie mieszkali w Krakowie. Mieli dwoje dzieci - wówczas niespełna ośmioletnią córkę i sześciomiesięcznego synka. Zbliżał się front. W mieście wszyscy nawzajem straszyli się okrucieństwami wojny. Krążyły opowieści o tym, co robią wchodzący żołnierze radzieccy i wycofujący się Niemcy. Mieszkańcy Krakowa, siedziby generalnego gubernatora, mieli prawo bać się o swoją przyszłość. Miasto było zaminowane przez Niemców i nie wiadomo było, jak zachowa się nadchodząca Armia Ukraińska. Mąż Anieli - Józef - wówczas był w wojsku. W obawie o życie swoje i dzieci Aniela postanowiła skorzystać z propozycji matki, która zaproponowała jej przyjazd wraz z dziećmi do rodzinnego domu do Radziszowa. Uznała, że Radziszów jest z dala od miasta i tu nic nie powinno im grozić. Zawsze to bezpieczniej z rodziną, z najbliższymi - pomyślała Aniela i w styczniowy czas zawitała w Radziszowie. Jednak dzień 23 stycznia 1945 roku, okazał się dla niej tragiczny. Ta data, chyba jeszcze bardziej tragiczna stała się dla jej osieroconych dzieci. W przeddzień słychać już było odgłosy strzałów. Od rana 23 stycznia cała rodzina Anny Myśliwiec, a więc i Aniela z dziećmi, schronili się w obszernej piwnicy sąsiadów, Państwa Mazurkiewiczów. Pani Zyta nie pamięta dziś, z jakiej przyczyny jej mama wraz z maleńkim Józefem w pewnej chwili wyszła z miejsca schronienia przed rodzinny dom. Tam spotkała dwóch mężczyzn w białych kożuchach, z karabinami maszynowymi, mówiącymi po rosyjsku. Żądali wydania koni. Mamie towarzyszyli wujkowie. Koni nie było, ponieważ przezornie z samego rana wyprowadzono je do nieco oddalonych od domu zarośli, w stronę lasu, więc stajnie były puste. Odpowiedź Anieli była dlatego odważna i jednoznaczna. "Koni nie mamy". Mężczyźni jednak nalegali, straszyli, denerwowali się. "Okazało się później - wspomina pani Zyta - że tak chodzili od domu do domu. Wcześniej byli u sąsiada, pana Albina Karasia. Nasz dom był jednym z ostatnich w Radziszowie. Następne po drodze dla nich były już w oddalonym Bukowie, a w tym kierunku oni zmierzali. Kiedy mama z wujkami weszła do domu, lekceważąc natarczywość mężczyzn, najbardziej zdesperowany wybił okno w pokoju i otworzył ogień z karabinu maszynowego. Na wprost w kuchni stała moja mama z Józiem na rękach. Mamę kule trafiły w twarz i w serce. Zmarła na miejscu. Brat trafiony został siedem razy i choć nikt nie dawał mu szans - przeżył. Dziś ma 63 lata. Sąsiad stojący obok nich, dostał odłamkiem w ramię, również bardzo krwawił. Mężczyźni w białych kożuchach uciekli w kierunku Bukowa. Opuściłam piwnicę sąsiada, żeby zobaczyć co to były za strzały. Gdy wbiegłam do kuchni, zastygłam w bezruchu. Mama leżała w kałuży krwi, a ciężko rannego Józia obmywano już w kącie. Tego nigdy nie zapomnę. Poczułam, że cały świat zawalił mi się na głowę. Ta chwila odmieniła moje życie, a jeszcze bardziej mojego jedynego brata ...". Po dłuższej chwili pani Zyta kontynuuje opowieść. "Później do naszego domu przyszli radzieccy, frontowi żołnierze w mundurach, którzy wypytywali o tych, którzy byli u nas w domu przed nimi. I choć byli to rosyjsko-języczni, żołnierze odcinali się od nich. Nazywali ich uciekinierami, których właśnie gonią. Zaraz wezwali sanitariusza, który pomagał opatrzyć rany Józia.
Naszym wychowaniem zajęła się babcia Anna. Czasami pomagała jej w tym siostra mamy Rozalia. Nasze życie było trudne. Ojciec założył nową rodzinę, nas nie chciał, tak więc zostaliśmy pełnymi sierotami. Skutki wojny najbardziej dotknęły brata, do dziś jest nimi napiętnowany.
Jak podaje kronika parafialna, pogrzeb Anieli zmarłej w domu w Radziszowie pod nr 222, córki Józefa i Anny z domu Paciorek, miał miejsce w dniu 27 stycznia 1945r. Na tabliczce zamontowanej na grobowym krzyżu widnieją inne dane, zapewne wskutek pomyłki.
Tekst powstał na podstawie wspomnień spisanych przez Janusza Bierówkę jesienią 2007r.

Stowarzyszenie

ul. Szkolna 4
32-052, Radziszów

Nasz rachunek:
Krakowski Bank Spółdzielczy
Oddział Skawina

10 8591 0007 0310
0561 8792 0001