Dzisiaj jest: Środa, 28 czerwca 2017
Imieniny obchodzą: Ireneusz, Józef, Leon, Paweł, Zbrosław
Vinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo Slider
Opublikowano: piątek, 10, stycznia 2014 09:24
Maria Jaskuła z domu Urban, urodziła się w dniu 9 czerwca 1931 r. we wsi Iwanie Puste, na polskim pograniczu – na Podolu. Dziś jest to teren Ukrainy, przez Polaków określany jako nasze dawne Kresy. Urodziła się zatem w Polsce, ale gdy zamieszkała w podkrakowskiej wsi po 1945 r., w dowodzie osobistym wpisano jej, że urodziła się
w ZSRR. Wszyscy Polacy urodzeni na ziemiach wschodnich utraconych po II wojnie światowej, mieli takie wpisy. Był to sposób na fałszowanie historii, z czego wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy.

W 13-tym roku życia, jeszcze przecież jako dziecku, jej życie w pełni się odmieniło. Nieznani z imienia i nazwiska ludzie, którzy mieszkali pewnie niedaleko od jej rodzinnego domu, być może w sąsiednich wsiach, sprawili, że w jedną noc utraciła całą rodzinę! Pogrom przeżyła tylko ona i starszy brat Józef. Od tego momentu, co najmniej na kilka miesięcy, każdy dzień jej życia zdominowany był przez niewyobrażalny strach, stres i niepewność o jutro. Choć po pewnym czasie emocje opadły, strach osłabł, to jednak reszta jej życia naznaczona była tym najtragiczniejszym doświadczeniem, jakie ją spotkało. Można powiedzieć, że od tamtej pory
w życiu miała niewiele radosnych chwil. Pani Marii często przed oczami stawały obrazy
z dzieciństwa burząc chwile szczęścia, które przecież przychodziły, jak do każdego z nas. Wspomnienia z utraconego domu rodzinnego gasiły uśmiech na jej twarzy.

Wielokrotnie, z najdrobniejszymi szczegółami „karmiła” własnymi wspomnieniami swoją najstarszą córkę Irenę. Jej, swojej pierworodnej, dała na chrzcie imię, które kiedyś nosiła zamordowana starsza siostra. Jak twierdzi Pani Irena Bychawska – córka Pani Marii, gdy tylko przymknie oczy, jest w stanie wyobrazić sobie owo zdarzenie, które dotknęło jej krewnych - sekunda po sekundzie. To jest niczym film w wyobraźni, ale oparty na wspomnieniach
i głębokich przeżyciach jej mamy.

Ja zapamiętałem Panią Marię Jaskułę jako osobę o wielkiej kulturze osobistej, zawsze spokojną i wyważoną. Uśmiechu na jej twarzy jakoś nie pamiętam. Wielokrotnie nosiłem się
z zamiarem porozmawiania z nią na temat losów jej najbliższych i doświadczeń ze Wschodu, ale albo nie miałem odwagi, albo okazja nie była stosowna. Potem już było za późno. Była już osobą starszą, schorowaną, a w październiku 2011 r. dowiedziałem się, że zmarła. Miałem wyrzuty, że nigdy nie odważyłem się na rozmowę i spisanie jej wspomnień. Zawsze uważałem, że jej losy należy uwiecznić, dlatego też w sierpniu 2013 r. zwróciłem się z pytaniem do Pani Ireny Bychawskiej i jej córki Joanny, czy zechciałyby podzielić się ze mną wspomnieniami swojej mamy i babci. Pani Irena bez namysłu odpowiedziała mi twierdząco. Uznała, że to najlepsza okazja, by
w końcu ktoś to spisał i tym samym uwiecznił losy jej mamy oraz najbliższych krewnych. Tym bardziej zostałem zachęcony do podjęcia wyzwania. Nie było to łatwe, gdyż opowieść dotyczy śmierci i bestialskich tortur zadanych jej najbliższym, ale zdecydowałem się kontynuować raz podjętą myśl. Utrwalenie tamtych wydarzeń może pozwoli ustrzec innych ludzi przed tym, by nie powtarzali historii, aby to co spotkało Panią Marię, już nigdy się nie powtórzyło. Ludzie powinni umieć rozróżniać dobro od zła, jak też mieć świadomość, że morderstwo wcześniej czy później zostanie potępione.

Umówiliśmy się na sobotnie, popołudniowe spotkanie. Włączyłem dyktafon, a Pani Irena przez długi czas opowiadała wspomnienia mamy, które teraz już są jej wspomnieniami. Dodała, że jej powinnością jest przekazanie dla przyszłych pokoleń świadectwa tamtych lutowych dni 1944 r., które mama tak „odmalowała” w jej wyobraźni.

Nagranie sporządzono w dniu 31.08.2013 r. i uzupełniono o wypowiedzi krewnych oraz wspomnienie znajomej, świadka tamtych dni i jej relacji złożonych w prokuraturze w Katowicach w 2004 r.

Życie na Kresach.

Władysław Urban (ojciec rodziny), syn Franciszka i Julianny Pachel urodził się 15.06.1894 r., pochodził z Korabnik, dziś jest to część Skawiny. Paulina Urban z domu Karaś, żona Władysława (matka rodziny), córka Jakuba i Katarzyny z domu Stryczek, pochodziła
z Radziszowa, urodziła się 22.01.1897 r. Po powstaniu państwa polskiego, w okresie międzywojennym, Władysław Urban dostał propozycję wyjazdu do pracy i dom z gospodarstwem na Podolu. Pracował w Boryszkowcach w strukturach policji państwowej. Prawdopodobnie jeszcze przed wyjazdem na Wschód, poznał Paulinę, wybrankę życia. Na początku 1922 r. przyjechał do Radziszowa na kilka dni, by zawrzeć związek małżeński. Ślub i wesele odbyło się w Radziszowie w dniu 25.03.1922 r. Władysław z co dopiero poślubioną Pauliną wyjechał z powrotem na Podole. Urbanowie na stałe zamieszkali we wsi Iwanie-Puste, w powiecie Borszczów, województwo tarnopolskie. Tam urodziły im się dzieci: Władysława – w 1922 r., Irena – w 1923 r., Mieczysław – w 1925 r., Józef – w dniu 15.10.1927 r., Maria – 09.06.1931 r. i Tadeusz – w 1934 r. Jak wspominała Pani Maria, między nią a Tadzikiem, jej rodzicom urodziło się jeszcze jedno dziecko, ale zmarło zaraz po porodzie. Był to Adaś.

W pewnym momencie, po urodzeniu się pierwszych dzieci, Pan Władysław Urban zrezygnował z pracy w służbie policyjnej, bo zaoferowano mu lepsze uposażenie na stanowisku zarządcy folwarku. Podlegało mu ogromne gospodarstwo hrabiego Borkowskiego w Mielnicy, pobliskim miasteczku, liczące setki hektarów. Większa część pól obsiana bywała zbożem. Niczym falujące morze na wietrze, wielkie łany zbóż wysokich na około dwa metry, kołysały się dając radość obfitych plonów. Ciągnące się łany, sprawiały wrażenie pól bezkresnych – nigdy nie kończących się. Urbanowie wiedli tam dostatnie życie. Jak na tamte czasy, niczego im nie brakowało. Mieszkali w czworaku - budynku murowanym. Zajmowali tam dwa mieszkania. Jak przytacza wspomnienia swojej mamy Marii Jaskuły z Urbanów Pani Irena Bychawska, nigdy nie zaznali głodu. Ich spiżarka była zawsze dobrze zaopatrzona, a status zamożności podkreślało nawet uposażenie córek Urbanów. Wszystkie posiadały piękne zestawy biżuterii, każda z nich miała swój złoty pierścionek, bransoletkę, korale itp. Z uwagi na to, że dziadek Pani Bychawskiej był uczciwy
i bardzo sprawiedliwy dla ludzi pracujących w zarządzanym przez siebie gospodarstwie, cieszył się w środowisku wielkim uznaniem i szacunkiem. Nie dzielił pracowników na żadne kategorie, np.
w odniesieniu do pochodzenia czy narodowości.. Pomimo, że w tej wsi było zaledwie 30 polskich rodzin, nic nikomu nie przeszkadzało. Wszyscy się lubili i pomagali sobie. Dzieci chodziły do szkoły, w której uczyli się Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Dodać trzeba, że Urbanowie dzielili dom
z inną polską rodziną, Państwem Choinami i młodą rodziną Ukraińców. Ci ostatni mieli małą córeczkę, o kilka lat młodszą od Marii. Była blondyneczką - śliczną dziewczynką. Zaprzyjaźniona rodzina Urbanów, a konkretnie córki, zaproponowały Ukraince, by dała swojej córeczce imię – Hania. Tak też się stało. Nikomu tam nie przeszkadzało, że mieli wspólne podwórko czy nawet narzędzia rolnicze. Wszyscy żyli w pełnej koegzystencji.

Miejscowość w której mieszkali położona była na samym cyplu młodego państwa polskiego. Od ich domu do granicy z Rumunią było około 5 km, a do granicy ze Związkiem Sowieckim około 2 km. W pobliżu ich domu była też ostatnia polska stacja kolejowa Iwanie Puste. Najbliżej rodzinnego domostwa Marii mieszkała inna polska rodzina, państwo Mierzwińscy,
z którymi Urbanowie byli najmocniej zaprzyjaźnieni. Tak po latach wspomina koleżanki
z sąsiedztwa ich córka Ewa (po mężu Bosakowska): rodziny nasze lubiły się i szanowały. Ja byłam pod wrażeniem córek Państwa Urbanów, które były patriotkami. Należały do organizacji strzeleckiej. Organizowały w domu przedstawienia, zbierały pieniądze na pomoc dla Wojska Polskiego.

Pani Jaskuła zawsze wspominała córce, że do czasu wybuchu II wojny światowej, była to kraina mlekiem i miodem płynąca. To był okres prawdziwie szczęśliwego dzieciństwa, najpiękniejszych wspomnień i westchnień.

Wybuch wojny.

Życie we wsi Iwanie Puste i w folwarku nieco zmieniło się w okresie okupacji hitlerowskiej. Wtedy zaczęło się zauważać terror i kontrolę ze strony okupanta. W pewnym momencie, według wspomnień Pani Marii Urban przekazanych córce Irenie, Ukraińcy zaczęli się buntować przeciw niemieckim siłom okupacyjnym i wprowadzanym przez nich zasadom. Niemcy coraz trudniej sobie radzili z Ukraińcami. Ku utrapieniu Niemców, zjawiska buntu powtarzały się coraz częściej. Słyszało się coraz głośniejsze hasła nacjonalistów ukraińskich związanych
ze Stefanem Banderą i Ukraińską Powstańczą Armią (UPA), wzywające Ukraińców do przygotowania się na tworzenie wolnej Ukrainy. Ukraińcy zaczęli wprowadzać w życie system tzw. czystek etnicznych. Do szczytu bezradności Niemców dochodziło już na przełomie 1942 /1943 r., bo nie potrafili nad tym zjawiskiem zapanować. Ukraińscy nacjonaliści byli coraz śmielsi w złym traktowaniu Polaków. Ktoś czasami wspominał Urbanom o zbrodniach popełnianych na Polakach mieszkających na Wołyniu. Życie w Iwaniu Pustym toczyło się jednak swoim rytmem, ludzie tam mieszkający większego wpływu na zmianę zasad narzuconych podczas okupacji hitlerowskiej nie mieli.

W tym okresie jeden z Ukraińców zamieszkały niedaleko od domu rodzinnego mojej mamy - jak mówi Pani Irena - zakochał się w jej siostrze Władysławie. Ponoć miała to być wielka, szalona miłość. Obdarzał wybrankę kwiatami, chodził za nią, czasami nawet śledził, choć ciotka Władysława tej miłości mu nie odwzajemniała. Dla dziadków, pomimo dobrych relacji
z Ukraińcami, niedopuszczalnym było, by ich córka mogła wyjść za nie Polaka. W pewnym momencie do ich wsi docierały kolejne sygnały, że już nie tylko na Wołyniu, ale i gdzieś na Podolu dochodziło to tu, to tam, do aktów przemocy względem Polaków ze strony Ukraińców zrzeszonych
w strukturach UPA. Na ludzi we wsi Iwanie-Puste padł strach. Mój dziadek jednak nigdy nie obawiał się niczego złego - twierdzi Pani Irena. Zawsze powtarzał, że przecież jest lubiany, wszyscy go szanują, czemu jemu i jego rodzinie miałby ktoś wyrządzać krzywdę? Poza tym, czuli się
w swojej miejscowości pewnie i bezpiecznie. Ale wspomina też Pani Irena słowa mamy, że - Niemców te zjawiska przemocy przerażały, bo dochodziło do bestialskiego męczenia Polaków przed zadaniem śmierci. Stosowane przez banderowców tortury były wręcz niewyobrażalne, diabelskie!

Na dzień 17 lutego 1944 r. zaplanowano zaręczyny młodej Ireny Urban z Polakiem
z sąsiedniej miejscowości z Borszczowa, jak do protokołu w katowickiej prokuraturze w marcu 2004 r. zeznała Pani Ewa Bosakowska, z domu Mierzwińska, rówieśnica Pani Marii Urban,
a najbliższa sąsiadka z rodzinnej wsi. Ten szczegół pamięta też Pani Zofia Urban, wdowa po Józefie, urodzona 28.08.1932 r. we Lwowie, doskonale znająca przeżycia swojego męża. Pani Ewa wspomina - narzeczony Ireny Urban nazywał się Leszek Bielawski i był synem majora Wojska Polskiego. Leszek pracował w okresie okupacyjnym z Panem Władysławem Urbanem, swoim niedoszłym teściem w Kudryńcach, w punkcie odbioru tytoniu. Pani Zofia uzupełniła jeszcze wypowiedź Pani Ewy o kolejny szczegół: ... dodać trzeba, że właśnie w okresie okupacji, kiedy mój teść stracił pracę w gospodarstwie hrabiego Borkowskiego, zajął się uprawą tytoniu.

Uroczystość zaręczyn była starannie przygotowana. Przyszykowano się wystawnie pod kątem kulinarnym. Na ten dzień przyjechał narzeczony Leszek ze swoją matką, Panią Bielawską. Przywiózł ich saniami furman, który był Ukraińcem. W tym dniu panował duży mróz, było sporo śniegu, a wieczorem nadciągnęła jeszcze śnieżyca.

Tragiczna noc.

Na tę noc, z 17 na 18 lutego, z uwagi na to, że miało być wielu gości w domu Urbanów, kolega Józefa Urbana, Iwan Bojko – Ukrainiec, zaprosił przyjaciela na noc do siebie. Dom Bojki również był w tej samej wsi, ale oddalony o około 100 metrów od domu Urbanów. Józef przystał na tę propozycję, będąc świadomym, że na tę noc w ich rodzinnym domu miała zostać przyszła teściowa jego siostry, Leszek i ich woźnica. Wujek Józef miał wówczas 17 lat, był prawie dorosły – zaznacza Pani Irena. Nic tej nocy nie zapowiadało jako nocy tragicznej, za wyjątkiem zachowania się ich psa. Ów pies, to była duża suka, wabiła się Leda. Była zawsze czujna i mocno przywiązana do swoich właścicieli. Jak wspominała Pani Maria, wtedy właśnie miała małe szczenięta. W tym dniu pies zachowywał się dziwnie, jakoś inaczej. Był mocno pobudzony. Leda ciągle wpadała do domu i łapała zębami swoją gospodynię, tj. Panią Urbanową ciągnęła za ubranie, jakby chciała wyprowadzić ją z domu. Niezrozumiałe zachowanie psa zostało zauważone przez wszystkich domowników, ale je zlekceważono. Wszyscy się śpieszyli, by zdążyć na czas z przygotowaniami przed przyjazdem gości. Jedynie młodą Marię zaniepokoiło to bardziej i przykuło na dłużej jej uwagę. Jak wspominała po latach córce Irenie, ogarniał ją jakiś strach, wręcz przerażenie.
W pewnym momencie, tuż przed przyjazdem gości, Leda poprzynosiła swoje szczenięta na próg domu. Pies coś ewidentnie przeczuwał. Moja mama zwracała się do swojego taty, czyli mojego dziadka z pytaniem o ich bezpieczeństwo, jak wspomina Pani Irena Bychawska, ale zanim cokolwiek dziadek odpowiedział mamie, babcia moja z wyprzedzeniem uspokajała mamę. Miała powiedzieć, że nie ma powodów, by się im coś złego mogło stać, by im miał ktoś zagrażać. Logika też podpowiadała, że tej najbliższej nocy dom miał być przecież pełen ludzi. Szybko nikt nie pójdzie spać. Maria zadawała sobie pytania i szybkie odpowiedzi. Ale dlaczego by miało dotknąć ich rodzinę coś złego? Dlaczego akurat tej nocy? I tak Maria postanowiła wyciszyć czujność swoją i Ledy.

Przyjechali goście, a wśród nich tak wyczekiwany przez Irenę ukochany narzeczony. Biesiada, opowiadania, śmiechy i podniosła, radosna atmosfera trwały w najlepsze. Były przecież powody do radości. Zbliżała się już godzina 11 w nocy, gdy ktoś z uczestników zaręczyn zauważył, że za oknem są jacyś ludzie. Na tę noc jak nigdy, nie zamknięto i nie zaryglowano dużych i ciężkich drzwi wejściowych. Na jakąkolwiek reakcję ludzi będących w środku domu, było już za późno. Zaczęło się strzelanie. Zaatakowano ich dom! Babcia moja porwała dwie córki stojące najbliżej, Władysławę i Marię i przygarnęła do siebie, po czym poleciła im i małemu Tadzikowi uciekać na strych, a potem aby wyskoczyli przez okienko i uciekali gdziekolwiek, byle tylko znaleźli schronienie. Już wszyscy wiedzieli, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Pani Maria relacjonowała córce, że aby dostać się na strych, trzeba było wyjść po drewnianej drabinie, a drzwi na strych, to była taka zamykająca się klapa powały (drewnianego sufitu). Gdy babcia ich wyprowadziła i zatrzasnęła klapę za sobą, Maria, Tadzik i Władysława usłyszeli strzały wewnątrz domu, a niektóre kule nawet przeszyły te drewniane strychowe drzwi. Przerażenie było ogromne.
W tych sekundach moja mama zdała sobie sprawę, że napastnicy zabili jej mamę, a moją babcię.
W domu rozlegały się przerażające krzyki napastników i ich ofiar. W tym czasie na strychu trójka rodzeństwa zauważyła, że pod okienkiem, którym mama poleciła im wyskoczyć, stoją jacyś mężczyźni i ich konie. Wtedy postanowili szybko uciekać przez strych do mieszkania ukraińskiej rodziny, gdzie mieszkała maleńka Hania. Gospodarza nie było tej nocy w domu, a mama Hani już zrozumiała, co dzieje się w sąsiednim mieszkaniu. Wiedziała, że zagraża im wszystkim wielkie niebezpieczeństwo, że za ścianą rozgrywa się tragedia. Mimo przerażenia nie odmówiła im schronienia. Każdego gdzieś ukryła. Mamę moją wsadziła do łóżka, w którym spała Hania pod wielką pierzynę – mówi Pani Irena. Przerażony Tadzik schował się do wnęki pod piecem, gdzie suszyło się drewno na opał. Wszedł tam podobnież jak kot, w najdalszy kąt. Gdzie schowała się ich siostra Władysława, nie wiadomo. Maria przerażona drżała pod pierzyną, prawie wstrzymując oddech, nie tylko ze strachu o siebie, ale i by usłyszeć wszystko, co dzieje się za ścianą. Ciągle było słychać wrzaski, jęki – kontynuuje wspomnienia mamy Pani Irena. W końcu wszystko ucichło. Po krótkiej chwili przerażającej ciszy i dolatujących rozmów w języku ukraińskim, dwóch mężczyzn wpadło do mieszkania, gdzie ukrywała się trójka rodzeństwa. Najpierw odnaleźli ciotkę Władysławę i pod groźbą, przystawiając jej karabin do głowy, przymuszali ją, by wydała im wszystkie ich konie. Dziadkowie mieli wówczas duże gospodarstw. Chyba z pięć koni, kilka krów, sporo świnek i innych zwierząt domowych. Jak zawsze relacjonowała moja mama, w ciotce Władysławie, choć zapewne była mocno przerażona, tkwiła jeszcze wielka duma i dlatego miała odpowiedzieć Ukraińcom, że dotychczas ani ona, ani konie im nie służyły, więc i teraz też służyć nie będą. Napastnik jednak stanowczo zażądał: „... a jednak wyjdziesz i wydasz mi te konie” - zacytowała wypowiedź napastnika pani Irena, którą często powtarzała Pani Maria. Pomimo stawiania oporu przez ciotkę, bandyta wyprowadził ją z domu na podwórko, a wystraszony do granic możliwości mały Tadzio opuścił w tym momencie kryjówkę i pędem pobiegł za starszą siostrą. Mama zapamiętała jeszcze słowa Ukraińca, który miał powiedzieć do chłopca: „... dobrze że jesteś, chodź z nami, pójdziesz tam, gdzie twoi mama i tata”. Mama wspominała też, że choć nie widziała napastników w izbie, to słyszała że zwłaszcza jeden z nich mówił bezbłędnie po polsku. Drugi z napastników biorących udział w akcji w tym mieszkaniu zaczął szukać kolejnych ukrytych.

W pewnym momencie podniósł pierzynę i ujrzał tam trzynastolatkę w ubraniu. Domyślił się, że uciekła z pogromu i jest córką Urbanów, jednak nie zabrał jej stamtąd. Ponoć Ukrainka, gospodyni tego mieszkania miała wyratować małą Marię mówiąc, że to jej córka. Bandyta odpuścił i wyszedł. Po krótkim czasie Maria usłyszała dwa pojedyncze strzały. Zdała sobie sprawę, że jej siostra
i braciszek zostali zastrzeleni! Po przerażająco długiej nocy, podczas której nie zmrużyła oka
i trwała w wielkiej niepewności, gdy już robiło się widno, Maria wyszła spod pierzyny
i postanowiła pójść do swojego mieszkania. Ukrainka, u której spędziła tę noc, ponoć pomimo usilnych próśb, nie była w stanie jej powstrzymać. Najbliżej wejścia do swojego mieszkania Maria ujrzała zastrzeloną Władysławę i Tadzika bez butów. Siostra trzymała go w objęciach, bo wybiegł za nią boso. To był obraz, w który nie chciała wierzyć całą noc. Gdy weszła dalej zmroziło ją! Ujrzała swojego ojca zarąbanego siekierą. Narzędzie zbrodni leżało obok ofiary. Mama Marii leżała zastrzelona na podłodze w kuchni, ale wszystko wskazywało na to, że zabito ją przy stole, po czym osunęła się na podłogę. Na stole i w wysuniętej szufladzie było pełno krwi. Mietek i Irena zginęli od strzałów. Matka Leszka Bielawskiego również była zastrzelona, a on był wyjątkowo zmasakrowany nożem. W ręce trzymał latarkę (naftową lampę przenośną). Ułożenie zwłok sprawiało wrażenie, jakby chował się przed napastnikami pod łóżko, a ci cięli go nożami po rękach. Z tego wynika, że tak długo dźgali nożem, aż trafili w serce. Wszystko wskazywało na to, że na nim mścili się najbardziej. Stangret – Ukrainiec, też był zastrzelony, znaleziono go pod łóżkiem.

Inny obrazek, jaki Maria zapamiętała z tych ciężkich chwil, to obecność pierza z podartych pierzyn i poduszek. Było ono sklejone z niewyobrażalną ilością krwi na podłodze. Te zastygłe już strugi i kałuże krwi rozlane były po wszystkich pomieszczeniach! Gdy dziewczynka była jeszcze
w środku, do domu weszli Niemcy, z pewnością powiadomieni zostali o ukraińskiej zbrodni na rodzinie Urbanów. Jeden z nich wyciągnął mamę z mieszkania mówiąc łamaną polszczyzną;
„... chodź stąd, to nie jest widok dla dziecka”, a sam był bardzo przerażony widokiem, który zobaczył. Na podwórko dotarł też brat mamy, który się uratował dzięki noclegowi u Iwana
i zabrał siostrę Marię z powrotem do mieszkania sąsiadki Ukrainki, gdzie spędziła poprzednią, tragiczną noc. Wtem mama moja, w tym całym zgiełku panującym na zewnątrz zwróciła uwagę na wycie psa dochodzące zza innej ściany, jakby z mieszkania sąsiadów, Państwa Choinów.To było nieznośne, przerażające wycie – wspominała mama po latach. Przemknęła się między tłumem na podwórku i weszła do mieszkania Choinów. Zastała tam martwą sąsiadkę, panią Alfredę
z roztrzaskaną głową, przy której zwłokach leżał pies wilczur i przeraźliwie wył! Sąsiadka była w 9 miesiącu ciąży! Tej nocy pana Choiny na szczęście nie było w domu.

Bardzo trudnym momentem, jak wspominała mama Pani Ireny, były przygotowania do pogrzebu. Ci którzy przeżyli, musieli uprzątnąć dom, usunąć ślady tragedii. Trzeba było zmyć krew
i posprzątać po rabunku. Ukraińcy przyszli tam nie tylko po to aby zabić, ale również aby ukraść, co tylko się dało. Mieli na to całą noc. Ograbili dom nawet z ubrań. Maria i Józef nie mieli w co ubrać swojej mamy do trumny. Na nogi założyli jej jakieś stare pożyczane buty. Jakiś stolarz ze wsi zrobił sześć zwykłych trumien. Na cmentarzu przygotowano wielki grób – obszerny dół.
W pierwszym rzędzie pochowani zostali moi babcia z dziadkiem i ich najstarsza córka, w drugim rzędzie pozostałe dzieci. Grób i tak okazał się za ciasny, bo trumnę małego Tadzika położyli jakby w nogach, na trumnach rodziców. Moja mama tak mocno przeżywała ten fakt, tak była przerażona, że straciła przy tym grobie pamięć. Odzyskała ją dopiero po trzech dniach w domu u sąsiadów. Tak żal jej było zwłaszcza najmłodszego braciszka. Strach towarzyszył nie tylko jej, ale wszystkim mieszkającym wokoło. Bali się przysłowiowego cienia, a w nocy każdego szmeru. Pani Maria ciągle czegoś nasłuchiwała. Wydawało się jej, że w każdej chwili, za każdym rogiem czyha na nią śmiertelne niebezpieczeństwo.

Pani Bosakowska ten wstrząsający poranek 18 lutego wspomina tak: wczesnym rankiem do naszego domu przyszedł Józef Urban i powiadomił nas, że jego rodzina za wyjątkiem Marii została wymordowana. Mierzwińscy już wiedzieli o tej tragedii, ale nie znali jej zakresu. Późnym wieczorem 17 lutego wpadł do ich domu stryj Bronisław i powiedział, że z domu Urbanów słychać jakieś strzały i dzieje się tam coś złego, że trzeba uciekać. Pani Ewa wspomina, że poubierali się
i początkowo wyszli po prostu w pole, ale że był mróz i zamieć, a jej stryjenka miała na rękach dwuletnie dziecko, zdecydowali się wejść do domu znajomych Ukraińców o nazwisku Grypińczuk
i poprosili o schronienie chociaż dla matki z dzieckiem. Ukrainka powiedziała im że się boi, ponieważ gdy przyjdą napastnicy, zabiją wszystkich Polaków i Ukraińców. Ostatecznie jednak przygarnęła ich wszystkich. Przy okazji okazało się, że jej męża nie było wówczas w domu na noc. Przeczekali do rana i wrócili do swoich domów. W niedługim czasie przyszedł do nich Józef Urban z informacją o tragedii i niektórzy z rodziny Mierzwńskich poszli na miejsce zbrodni. Wybrała się również i Pani Ewa. Jeszcze dziś to wydarzenie wspomina z przejęciem: gdy weszłyśmy z mamą do kuchni, zobaczyłam tam na podłodze zwłoki Leszka Bielawskiego, Władysławy Urban oraz jej rodziców Władysława i Pauliny Urbanów. Spod łóżka wystawały czyjeś ręce, potem mówiono, że to tego furmana, który przywiózł Bielawskich. Poza ciałami widziałam w domu wielki bałagan, pełno piór z porozrywanych poduszek, powywracane meble, pozrywane firanki. Ja nie widziałam, czy może nie zwróciłam uwagi na żadne obrażenia leżących ciał. Matka moja od razu mnie zabrała ze środka. Nie wchodziłyśmy dalej. Pani Ewa wspominała mi w czasie rozmowy telefonicznej, że
w tym dniu rano na miejsce zbrodni przybyli również Niemcy, zrobili zdjęcia i odjechali.

Pod wpływem tych wydarzeń państwo Mierzwińscy podjęli szybką decyzję i w dniu 18 lutego wyjechali do Czortkowa, gdzie zamieszkali u znajomych. Dom opuściła Pani Ewa
z rodzicami Heleną i Janem oraz bratem Michałem. Rodzina bała się, że następnej nocy zbrodniarze przyjdą do ich domu. Do swojej wsi Iwanie-Puste powrócili dopiero wówczas, gdy przeszedł front w czerwcu 1944 r.

W pomoc pozostałym przy życiu sierotom, Marii i Józefowi najbardziej zaangażował się Pan Choina, któremu zastrzelono żonę i odebrano nadzieję na dziecko. To on pomagał
w zorganizowaniu pogrzebu, on sprzątał dom. Pan Choina przygarnął również osierocone dzieci.

Pani Zofia Urban na podstawie wspomnień męża tak opisuje pogrzeb: nie wiem, kto prowadził pogrzeb, czy to był ksiądz, czy pop. W tamtym czasie parafia rzymskokatolicka była
w Mielnicy. W Iwaniu Pustym była tylko cerkiew. Ponoć na pogrzebie było tylko kilka osób, a za trumnami szły tylko sieroty uratowane z rzezi, tj. Maria i mój mąż. Z dziećmi na cmentarz szła jeszcze suka Leda, ich nieodłączny i równie przerażony przyjaciel. Gdy pytałam męża, dlaczego tak mało mieszkańców było na pogrzebie sześciorga ludzi, odpowiedział mi, że przecież się bali. Strach paraliżował wszystkich, tak Polaków jak i Ukraińców, którzy nie utożsamiali się
z nacjonalistami – bandytami z UPA.

Po tragedii Maria i Józef nie zamieszkali już w dawnym swoim mieszkaniu. Pan Choina zabrał ich do Mielnicy. Wszystko, co dało się tylko zabrać z domu Urbanów, a czego ukraińscy napastnicy nie zdołali ukraść, zabrali ze sobą. W spiżarni pozostała ćwiartka krowy, wyroby wędliniarskie ze świni, jakieś zboża, nasiona, wielkie słoje miodów, suszone grzyby itp. Pan Choina zdeponował to wszystko gdzieś koło stacji w Mielnicy. Zapewne z myślą o przewiezieniu tych rzeczy wraz z sierotami do rodziny w Radziszowie. Wtedy Ukraińcy i jego zastrzelili. Zwłoki Pana Choiny i Bronisława Sokołowskiego znaleziono w pobliżu stacji kolejowej w Mielnicy. Zginęli
w dniu 29 lutego 1944 r., zatem w 12-tym dniu po napadzie na Urbanów. Ten fakt doskonale pamięta Pani Ewa Bosakowska, bo świadkiem odnalezienia zwłok był jej ojciec, Pan Jan Mierzwiński, który w tym dniu pełnił służbę na kolei w Mielnicy. Sytuacja ocalałych dzieci bardzo się skomplikowała, przede wszystkim znów sparaliżował je strach. Ocalałe dobro przepadło,
a nadzieja na wyjazd do krewnych oddaliła się. Rodzeństwo bało się również wrócić do rodzinnego domu. Marią zaopiekowała się jakaś Polka z Mielnicy, a Józef wkrótce wcielony został do służby wojskowej. Gdy w czerwcu 1944 r. Mierzwińscy wrócili do swojego domu w Iwaniu Pustym, przygarnęli Marię. Mieszkali razem jeszcze do stycznia 1945 r. Dopiero w drugiej połowie stycznia, Pan Mierzwiński załatwił wagon, którym jego rodzina razem z Marią i Józefem udała się do Polski. Było to w dniu 25 stycznia 1945 r.

Po latach Maria Jaskuła z bratem Józefem wspominali, że ich rodzina musiała być przed tragedią bacznie obserwowana. Oprawcy wiedzieli kiedy można zaatakować, kiedy czujność rodziny będzie uśpiona ze względu na zaręczyny siostry. Ten napad musiał być precyzyjnie zaplanowany, bo nic nie stało się przypadkowo. Ojciec kiedyś był policjantem, był patriotą, podobnie jak cała rodzina.

Opracowanie mapy - Iwona Kopańska – Konon (mapa ze stronyhttp://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/borszczow.html)

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Autor tekstu: Janusz Bierówka

II część artykułu opublikowana zostanie za kilka dni.

Stowarzyszenie

ul. Szkolna 4
32-052, Radziszów

Nasz rachunek:
Krakowski Bank Spółdzielczy
Oddział Skawina

10 8591 0007 0310
0561 8792 0001