Dzisiaj jest: Niedziela, 22 września 2019
Imieniny obchodzą: Joachim, Maurycy, Prosimir, Tomasz
Vinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo Slider
Opublikowano: wtorek, 13, stycznia 2015 11:00

 

Jak wyglądało życie w Generalnym Gubernatorstwie na przykładzie Radziszowa?

Ludzie byli odcięci od świata i wiadomości, bo nie było żadnych gazet, tylko niemieckie albo jak to mówili „gadzinówka”. Jeśli koś przed wojną miał radio, to musiał oddać. Wprowadzono niemieckie pieniądze. O zarobek było bardzo trudno, panowała drożyzna. Od samego początku okupacji była straszna bieda w miastach i na wsiach, tak zatem było i w Radziszowie. Niemcy wyznaczali kontyngenty, które należało odstawiać. Sołtys i wskazani przez Niemców urzędnicy gminni mieli pilnować, żeby chłopi przestrzegali ustaleń. Trzeba było odstawiać płody rolne takie jak zboże, ziemniaki, groch, mleko, jaja, tłuszcze, żywy inwentarz: krowy, cielęta, świnie, kury lub inne ptactwo domowe. Zwierzęta były zakolczykowane i zarejestrowane. Nie wolno było hodować i zabijać dodatkowych, niezarejestrowanych zwierząt gospodarskich, bo groziły za to surowe kary. Nie było sklepów z żywnością takich jak dzisiaj. Na targach też nie było wyboru. Wprowadzono kartki na żywność, ale trudno było je zrealizować. Zdobywanie jedzenia było wówczas bardzo trudne, co dla współczesnej młodzieży jest niemożliwe do wyobrażenia. Ludzie starali się mimo wszystko jakoś kombinować i zdobywać jedzenie, by nakarmić rodzinę. Używano żaren, mielono w nich zboże najczęściej nocami, bo było to zakazane. Nie można było kupić wielu potrzebnych rzeczy, ubrań, butów, dlatego handlowano starzyzną i czym się dało, żeby zdobyć środki do życia. Nie było skóry na buty, chodziło się w drewniakach. Bardzo trudno było o opał na zimę, nie było węgla w sprzedaży.

Czy mieszkańcy bali się Niemców? Czego najbardziej się obawiano?

Bali się, bo żeby przeżyć, ludzie byli zmuszeni łamać prawo i ryzykować. Jak mówiłem używali zakazanych żaren do mielenia, dokonywali zakazanych ubojów zwierząt hodowanych bez rejestracji, zrzucano węgiel z wagonów wzdłuż torów kolejowych, a za to groziła śmierć. Niemcy kontrolowali drogi, tory kolejowe, często byli obecni we wsi, gdyż tu mieściła się gmina do 1942 r. Był w Radziszowie też posterunek granatowej policji, więc człowiek musiał mieć się na baczności. Bano się wywózek na roboty do Niemiec, niektórzy uciekali i kryli się, inni szukali jakiegoś zatrudnienia, żeby ich nie zabrano. Duże ryzyko niosła każda podróż do Skawiny czy Krakowa, bo Niemcy urządzali łapanki i można było stracić wolność bez żadnej winy, ale ludzie ryzykowali, bo zmuszało ich do tego życie. Trzeba było coś jeść, ludzie jeździli do miasta z jakimiś produktami, żeby je sprzedać i kupić inne potrzebne produkty, których nie dało się rady samemu zrobić. W Radziszowie działała aktywnie partyzantka, więc Niemcy śledzili mieszkańców czy im nie pomagają. Ale ludzie obawiali się nie tylko Niemców, bali się też swoich sąsiadów, którzy z biedy, chęci zysku, strachu, szantażu czy z powodu jeszcze innych okoliczności, mogli donosić władzom niemieckim o zakazanej działalności. Niemcy przyjeżdżali i odjeżdżali, sąsiedzi byli na co dzień. Ale trudno tutaj generalizować, każdy mieszkaniec miał inne doświadczenia. To były ciężkie czasy.

Jak wyglądało życie pańskiej rodziny na co dzień? Proszę opowiedzieć o tym, co pan pamięta z tamtych czasów.

Po rozpoczęciu wojny mój ojciec zrezygnował z pracy w policji, ponieważ nie chciał współpracować z Niemcami. Nie darzył ich zaufaniem i sympatią. Obawiał się, że polska policja zostanie od nich uzależniona i przeznaczona do jakiejś „brudnej roboty”. Zajął się pracą w gospodarstwie, żeby móc wyżywić rodzinę i zdobyć środki do życia. Żyliśmy skromnie i biednie jak wszyscy. Niemcy wskazywali domy, do których kwaterowano niemieckich żołnierzy, przyjeżdżających czasem na krótki odpoczynek lub na inspekcje i kontrole. Nie można było wtedy odmówić. Sołtys przynosił nakaz i należało się podporządkować. Tak było też w przypadku mojej rodziny. Nasz dom był murowany, większy niż inne w Radziszowie, toteż oficerowie lub żołnierze niemieccy często u nas kwaterowali. My musieliśmy się wówczas usunąć do malutkiego pomieszczenia, bo nie było dla nas miejsca w naszym, własnym domu. Mój ojciec znał język niemiecki, więc mógł się z nimi porozumieć bezpośrednio, wiedział czego oni sobie życzyli i jak mamy się zachować, żeby nie narazić się na kłopoty.

Stowarzyszenie

ul. Szkolna 4
32-052, Radziszów

Nasz rachunek:
Krakowski Bank Spółdzielczy
Oddział Skawina

10 8591 0007 0310
0561 8792 0001

Logowanie