Dzisiaj jest: Poniedziałek, 23 września 2019
Imieniny obchodzą: Boguchwała, Bogusław, Libert, Minodora
Vinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo Slider
Opublikowano: wtorek, 13, stycznia 2015 11:00

Tadeusz Tosza urodził się w dniu 4 września 1931 r. w Radziszowie. Tuż przed jego ósmymi urodzinami wybuchła II wojna światowa. Rodzice pana Tadeusza należeli do nieco zamożniejszych mieszkańców Radziszowa. Jego ojciec, Wincenty Tosza (1888-1971), przed wojną był policjantem śledczym, pracował przy ul. Kanoniczej w Krakowie na komisariacie „ Pod telegrafem”.

Pochodził z Jaworzna. Po wybuchu wojny zrezygnował z pracy, ponieważ nie chciał współpracować z Niemcami. Z racji swojego miejsca urodzenia i wychowania, nie tylko znał język niemiecki, ale i niemiecką mentalność. Nie podobała mu się niemiecka polityka, to, co działo się w Niemczech od momentu objęcia władzy przez Adolfa Hitlera. Po agresji Niemiec na Polskę osiadł w Radziszowie, skąd pochodziła jego żona, Aniela Tosza z domu Janik (1900-1983). Tadeusz z rodzicami mieszkał w dużym, murowanym, parterowym domu w centrum wsi, niedaleko rzeki Skawinki, linii kolejowej i cmentarza parafialnego. Na polskiej przedwojennej wsi w okolicach Krakowa dominowały małe, drewniane domy, często w jednym budynku mieściła się część mieszkalna, obórka dla zwierząt i stodoła. Państwo Aniela i Wincenty Toszowie w czasie wojny udzielili schronienia Stanisławowi Hojdzie (1909-1996), Żydowi z Krakowa, który uciekł z obozu w Płaszowie. Ukrywał się w ich domu w latach 1943 – 1945, łącznie przez 22 miesiące i 1 dzień. W 1991 r. dzięki staraniom Ocalonego i jego rodziny, Aniela i Wincenty Toszowie zostali odznaczeni tytułem i medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata [1]. Żadne z nich nie doczekało tego dnia, a w ich imieniu medal odebrał syn, Tadeusz Tosza, który był również bardzo zaangażowany w udzielanie pomocy ukrywającemu się . Uroczystość została zorganizowana w 1992 r. w Krakowie.

Czy pamięta Pan wybuch II wojny światowej? Jakie obrazy z tamtych dni utrwaliły się w pańskiej pamięci?

Miałem wtedy 8 lat, zapamiętałem różne wydarzenia, np. wysadzenie mostu na Skawince przez polskich żołnierzy, zniszczenia od wybuchu w naszym kościele parafialnym, a przede wszystkim ucieczki całych rodzin lub mężczyzn w pierwszych dniach września 1939 r. Ludzie w obawie przed Niemcami wyruszali w kierunku wschodnim. Pamiętam obawy i napięcie wśród ludzi, którzy nie wiedzieli, co mają zrobić, gdzie się schronić, chcąc ratować rodzinę. Ludzie powtarzali sobie straszne opowieści o okrucieństwie Niemców i to wzbudzało strach. Panował chaos, uciekinierzy szli razem z wojskiem, przez co byli narażeni na ataki Niemców. Po kilku, a czasem po kilkunastu dniach radziszowianie zaczęli wracać i znów krążyły opowieści o tym, co działo się w drodze. Pamiętam z opowiadań starszych, że zginęła w czasie tej ucieczki Maria Gustab, nie wrócił też Antoni Góralik. Z wojny wrześniowej nie wrócili jak pamiętam Władysław Pająk, Kazimierz Krupnik, Stanisław Cagaszek. Moja rodzina nie zdecydowała się na ucieczkę i pozostała na miejscu. Ci co pozostali w Radziszowie, kryli się w czasie ostrzału w piwnicach. Na szczęście nic się tu nie stało, wieś nie została spalona ani zniszczona, ludzie mieli dokąd wracać.


[1] Sprawiedliwy wśród Narodów Świata - Chasid Umot ha-Olam ; najwyższe izraelskie odznaczenie cywilne, przyznawane osobom pochodzenia nie-żydowskiego, które z narażeniem własnego życia ratowały Żydów przed śmiercią w czasie II wojny światowej. Osoba uznana za Sprawiedliwego, odznaczana jest specjalnie wybitym medalem noszącym jej imię i nazwisko, dyplomem honorowym i przywilejem uwiecznienia jej nazwiska na Murze Honorowym w Ogrodzie Sprawiedliwych w Yad Vashem w Jerozolimie. Tytuł jest nadawany przez kapitułę działającą przy Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem w Jerozolimie od 1963 r. Na medalu widnieje napis "Kto ratuje jedno życie – ratuje cały świat". Wg stanu na dzień 1 stycznia 2014 r. odznaczenie otrzymało 25 271 osób, w tym 6 454 Polaków. [przypis autorki wywiadu]


 

Jak wyglądało życie w Generalnym Gubernatorstwie na przykładzie Radziszowa?

Ludzie byli odcięci od świata i wiadomości, bo nie było żadnych gazet, tylko niemieckie albo jak to mówili „gadzinówka”. Jeśli koś przed wojną miał radio, to musiał oddać. Wprowadzono niemieckie pieniądze. O zarobek było bardzo trudno, panowała drożyzna. Od samego początku okupacji była straszna bieda w miastach i na wsiach, tak zatem było i w Radziszowie. Niemcy wyznaczali kontyngenty, które należało odstawiać. Sołtys i wskazani przez Niemców urzędnicy gminni mieli pilnować, żeby chłopi przestrzegali ustaleń. Trzeba było odstawiać płody rolne takie jak zboże, ziemniaki, groch, mleko, jaja, tłuszcze, żywy inwentarz: krowy, cielęta, świnie, kury lub inne ptactwo domowe. Zwierzęta były zakolczykowane i zarejestrowane. Nie wolno było hodować i zabijać dodatkowych, niezarejestrowanych zwierząt gospodarskich, bo groziły za to surowe kary. Nie było sklepów z żywnością takich jak dzisiaj. Na targach też nie było wyboru. Wprowadzono kartki na żywność, ale trudno było je zrealizować. Zdobywanie jedzenia było wówczas bardzo trudne, co dla współczesnej młodzieży jest niemożliwe do wyobrażenia. Ludzie starali się mimo wszystko jakoś kombinować i zdobywać jedzenie, by nakarmić rodzinę. Używano żaren, mielono w nich zboże najczęściej nocami, bo było to zakazane. Nie można było kupić wielu potrzebnych rzeczy, ubrań, butów, dlatego handlowano starzyzną i czym się dało, żeby zdobyć środki do życia. Nie było skóry na buty, chodziło się w drewniakach. Bardzo trudno było o opał na zimę, nie było węgla w sprzedaży.

Czy mieszkańcy bali się Niemców? Czego najbardziej się obawiano?

Bali się, bo żeby przeżyć, ludzie byli zmuszeni łamać prawo i ryzykować. Jak mówiłem używali zakazanych żaren do mielenia, dokonywali zakazanych ubojów zwierząt hodowanych bez rejestracji, zrzucano węgiel z wagonów wzdłuż torów kolejowych, a za to groziła śmierć. Niemcy kontrolowali drogi, tory kolejowe, często byli obecni we wsi, gdyż tu mieściła się gmina do 1942 r. Był w Radziszowie też posterunek granatowej policji, więc człowiek musiał mieć się na baczności. Bano się wywózek na roboty do Niemiec, niektórzy uciekali i kryli się, inni szukali jakiegoś zatrudnienia, żeby ich nie zabrano. Duże ryzyko niosła każda podróż do Skawiny czy Krakowa, bo Niemcy urządzali łapanki i można było stracić wolność bez żadnej winy, ale ludzie ryzykowali, bo zmuszało ich do tego życie. Trzeba było coś jeść, ludzie jeździli do miasta z jakimiś produktami, żeby je sprzedać i kupić inne potrzebne produkty, których nie dało się rady samemu zrobić. W Radziszowie działała aktywnie partyzantka, więc Niemcy śledzili mieszkańców czy im nie pomagają. Ale ludzie obawiali się nie tylko Niemców, bali się też swoich sąsiadów, którzy z biedy, chęci zysku, strachu, szantażu czy z powodu jeszcze innych okoliczności, mogli donosić władzom niemieckim o zakazanej działalności. Niemcy przyjeżdżali i odjeżdżali, sąsiedzi byli na co dzień. Ale trudno tutaj generalizować, każdy mieszkaniec miał inne doświadczenia. To były ciężkie czasy.

Jak wyglądało życie pańskiej rodziny na co dzień? Proszę opowiedzieć o tym, co pan pamięta z tamtych czasów.

Po rozpoczęciu wojny mój ojciec zrezygnował z pracy w policji, ponieważ nie chciał współpracować z Niemcami. Nie darzył ich zaufaniem i sympatią. Obawiał się, że polska policja zostanie od nich uzależniona i przeznaczona do jakiejś „brudnej roboty”. Zajął się pracą w gospodarstwie, żeby móc wyżywić rodzinę i zdobyć środki do życia. Żyliśmy skromnie i biednie jak wszyscy. Niemcy wskazywali domy, do których kwaterowano niemieckich żołnierzy, przyjeżdżających czasem na krótki odpoczynek lub na inspekcje i kontrole. Nie można było wtedy odmówić. Sołtys przynosił nakaz i należało się podporządkować. Tak było też w przypadku mojej rodziny. Nasz dom był murowany, większy niż inne w Radziszowie, toteż oficerowie lub żołnierze niemieccy często u nas kwaterowali. My musieliśmy się wówczas usunąć do malutkiego pomieszczenia, bo nie było dla nas miejsca w naszym, własnym domu. Mój ojciec znał język niemiecki, więc mógł się z nimi porozumieć bezpośrednio, wiedział czego oni sobie życzyli i jak mamy się zachować, żeby nie narazić się na kłopoty.


 

Czy pamięta Pan żydowskich mieszkańców Radziszowa? Jaki los ich spotkał?

W Radziszowie przed wojną mieszkało kilka rodzin żydowskich, ja najbardziej zapamiętałem rodzinę Blumy Goldstein. We wsi mówili na nią „Blima od Warszawy”. Prowadziła ona sklep i mieszkała w tzw. kamienicy, czyli późniejszym domu nauczyciela [2]. Ten dom należał do nich, a przed wojną wyglądał nieco inaczej. Nie był otynkowany, miał zabudowaną werandę, gdzie podobno modlili się Żydzi. Tak się mówiło w Radziszowie. Chodziłem jako dziecko do tego sklepu z mamą i sam, pamiętam panią Blumę, która bardzo lubiła dzieci i częstowała je cukierkami. Ta rodzina żyła w wielkiej zgodzie z radziszowianami, z tego co wiem, byli lubiani, nigdy nie słyszałem o nich złego słowa. Zostali wysiedleni jak wszyscy inni chyba w 1942 r. do Skawiny, a później wywiezieni dalej i zginęli. Podobno ocalał jeden mieszkaniec tej kamienicy, mówiono, że po wojnie przyjechał, ale nie zatrzymał się na dłużej.

Ksiądz Kalicki w „Kronice parafialnej” zapisał: „W lecie 1942 [3] r. ściągnięto Żydów z okolic Skawiny, Kalwarii w liczbie kilku tysięcy do miasta Skawiny ze wszystkiem dobytkiem, część została zastrzelona, a większość wywieziona pociągiem.” Czy jako dziecko był Pan świadkiem tych wydarzeń, co pan zapamiętał?

Te obrazki pamiętam, starsi mówili, że są to Żydzi z Kalwarii Zebrzydowskiej. Staliśmy i patrzyliśmy na ciągnące sznury wozów z dobytkiem, całe rodziny siedzące na nich lub idące obok. Dużo osób przyglądało się temu, trudno takie rzeczy zapomnieć. Mówiono, że wyjeżdżają oni na inne miejsce osiedlenia. Chyba nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to ich ostatnia droga, że wszyscy jadą na śmierć. To się chyba nie mieściło ludziom w głowach. Nie pamiętam żadnych wypowiedzi czy komentarzy ludzi obserwujących, byłem pewnie za młody, by zwrócić na nie uwagę. Zapamiętałem jeszcze takie tragiczne wydarzenie, jak zastrzelenie kilku ludzi obok naszego cmentarza. Mówiono, że byli to ukrywający się Żydzi, których złapano. Podobno wyrok wykonali wspólnie Niemcy i granatowi policjanci. Wśród zabitych były również kobiety. Pamiętam, że długo nie byli pochowani, a ludzie chodzili oglądać zwłoki. Podobno ktoś nawet zabrał odzież i buty tym zabitym. Niestety nie wiem kim byli ci zabici ludzie, gdzie zostali złapani, ani gdzie zostali później pochowani. Ci, którzy mogliby to wyjaśnić, już dawno nie żyją.

Kim był Stanisław Hojda, który znalazł schronienie w waszym domu? Co Pan wie na jego temat?

Stanisław Hojda naprawdę nazywał się Samuel Berkowitz. Przed wojną był kuśnierzem, mieszkał w Krakowie przy ul. Celnej. Pochodził z licznej rodziny, miał dziesięcioro rodzeństwa. Jego matka Rachela była już babcią, kiedy urodziła swoje ostatnie dziecko. Mieli dużą rodzinę, lecz wojnę przeżyła tylko trójka: Stanisław, jego siostra Mala i najmłodszy brat Schlomie - Stefan. Przeżyli również jeszcze siostrzeniec i siostrzenica, ale nie znam szczegółów. Jego siostra Mala, która straciła męża i trójkę dzieci, przeżyła w obozie koncentracyjnym na terenie Niemiec i trafiła na kwarantannę do Szwecji, brat Stefan zaś przeżył w ZSRS. Kiedy zlikwidowano getto krakowskie, Stanisław trafił do obozu w Płaszowie, ale nie chciał tam zostać, bał się śmierci. On chciał żyć, bo miał narzeczoną Fryderykę Fuchs, która trafiła do KL Auschwitz. Stanisław uciekł z obozu w Płaszowie, ale ja nie znam bliższych okoliczności tej ucieczki. Myślał o ukrywaniu się, zmienił prawdopodobnie wtedy swoje nazwisko na Hojda. To było nazwisko panieńskie jego matki. Zdecydował tak, bo było ono nieżydowskie i mogło zwiększyć szanse na przeżycie. Znalazł kryjówkę w kamienicy w Rynku Podgórskim w Krakowie u swojego znajomego dozorcy, pana Wojnarowskiego.


[2] Dziś ul. Jana Pawła II 1 [przypis autorki wywiadu]

[3] 20 stycznia 1942 r. miała miejsce konferencja w Wannsee, czyli spotkanie prominentnych funkcjonariuszy państwowych III Rzeszy z Reinhardem Heydrichem . Tematem omawianym w czasie tej tajnej konferencji było podjęcie „wszelkich niezbędnych przygotowań do globalnego rozwiązania kwestii żydowskiej na europejskim obszarze wpływów niemieckich czyli Ostateczne Rozwiązanie Europejskiej Kwestii Żydowskiej”. Protokolantem na konferencji był Adolf Eichmann. Wydarzenie to przesądziło o dalszych losach Żydów w okupowanych krajach. Szacuje się, że w Polsce życie straciło około 3 mln. polskich Żydów. [przypis autorki wywiadu]


 

Jak to się stało, że Stanisław Hojda trafił do domu pańskich rodziców? Czy był ich znajomym przed wojną?

Stanisław Hojda nie był naszym znajomym, był obcym człowiekiem. Znajomym mojego ojca był natomiast pan Wojnarowski, dozorca z Krakowa. Ten człowiek zrobił Stanisławowi skrytkę w podłodze w swoim mieszkaniu, ale ukrywanie się tam było trudne. Dozorcówka była mała, ciągle przychodzili tam różni ludzie, Polacy i Niemcy. Wojnarowski był ubogim człowiekiem i trudno mu było wyżywić rodzinę oraz dodatkowo, ukrywającego się Stanisława, ale nie chciał wyrzucać go i pozostawić bez pomocy. Jak mówiłem, ten dozorca znał mojego ojca przed wojną i skontaktował się z nim, bo chciał znaleźć ukrywającemu się bezpieczniejsze miejsce. Uznał, że może na wsi będzie łatwiej przeżyć, łatwiej zdobyć jedzenie i ukryć się przed Niemcami. Ojciec nie od razu się zgodził, obawiał się, bo wiedział, jak zresztą wszyscy, jakie mogą być tego konsekwencje. Postanowił jednak naradzić się z moją mamą i kiedy usłyszał od niej, że trzeba pomóc temu człowiekowi, pojechał do Krakowa i przywiózł go do naszego domu. Za ukrywanie i pomoc Żydom w okupowanej Polsce groziła śmierć.

Jak wyglądała ta podróż?

Ojciec zdecydował się na podróż koleją, ponieważ była najlepszą i najszybszą, chociaż jednocześnie niebezpieczną możliwością dotarcia na miejsce. Mimo zagrożenia, w tłumie ludzi łatwiej się ukryć. Przez Radziszów przebiega linia kolejowa do Zakopanego. Około 3 km od naszego domu był przystanek kolejowy - PKP Radziszów [4]. Na dworzec w Płaszowie dotarli razem, ale szli w pewnej odległości ze względów bezpieczeństwa, żeby nikt nie skojarzył, że idą razem i nie śledził ich. Ojciec był przedwojennym policjantem, mógł być w Krakowie rozpoznawalny, a Stanisław miał semickie rysy twarzy. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Żydzi mieli różnych wrogów, byli to nie tylko Niemcy, ale czasem też granatowi policjanci no i oczywiście szmalcownicy, którzy szantażowali ich, a czasami jeszcze denuncjowali Niemcom. Tak więc ojciec jak i Stanisław Hojda musieli się kamuflować. Na dworcu w Płaszowie miało miejsce dramatyczne wydarzenie. Stanisław został przez kogoś rozpoznany i zatrzymany. Zatrzymali go chyba granatowi policjanci, nie pamiętam tego dobrze. Pociąg miał już nadjechać, a oni nie chcieli go wypuścić. Stanisław Hojda chyba ich przekupił resztką pieniędzy, jakie posiadał i w końcu wypuścili go. Podróż pociągiem przebiegła już bez przeszkód, nikt nie zwrócił na nich uwagi. Jechali wieczorem. Przebycie 3-kilometrowego odcinka drogi z przystanku kolejowego w Radziszowie do naszego domu, też stanowiło problem. W okolicach Radziszowa działała partyzantka, toteż Niemcy często patrolowali wieś i nie można było iść drogą. Poza tym ojciec uznał, że lepiej, kiedy nikt nie będzie widział Stanisława Hojdy zmierzającego do jego domu. Nie można było też iść wzdłuż torów kolejowych, ponieważ patrolowały je niemieckie służby ochrony kolei. Ojciec wybrał taką drogę, żeby uniknąć spotkania z kimkolwiek, szli zatem polami, łąkami, po krzakach, zaroślach i tak bezpiecznie dotarli do domu. Nikt ich nie widział i nikt się w tamtym czasie nie dowiedział, że rodzice przyjęli pod swój dach człowieka, który według niemieckich rozporządzeń nie miał prawa żyć, tylko dlatego, że był Żydem.


 

[4] Przystanku Rzozów na styku ulic Brzegi i Kolejowej wówczas nie było. [przypis autorki wywiadu]


 

Gdzie zamieszkał człowiek ukrywany przez pańskich rodziców?

Nad częścią mieszkalną naszego domu był strych, na którym przechowywało się siano. W tym sianie została wykopana jama i w niej w ciągu dnia siedział Stanisław. Trzeba sobie uzmysłowić tę sytuację: w domu stacjonują żołnierze niemieccy, jak już o tym wspominałem, w pobliżu często pojawiają się niemieckie służby kolejowe, ponieważ dom stoi blisko torów, niemieckie patrole, w niedalekim sąsiedztwie mieszka sołtys, a w domu na strychu ukrywa się Żyd. Ale nasz strych okazał się dla niego bezpiecznym schronieniem przez 22 miesiące i 1 dzień, jak on sam wyliczył.

Jak wyglądało codzienne życie ukrywającego się człowieka, na czym polegała Wasza pomoc?

Stanisław w ciągu dnia musiał siedzieć cichutko w tym sianie. Był świadomy, że jakieś odgłosy mogą go zdradzić. W jamie miał miejsce do spania, na dzień trochę się wygrzebywał na powierzchnię. Bardzo męczyła go bezczynność i bezruch, przecież był to młody, zdrowy mężczyzna. Pan Wojnarowski przywoził z Krakowa książki i Stanisław całymi dniami czytał, bo to pozwalało skrócić czas i zabić nudę. Dostawał od nas posiłek, bardzo często zaniesienie posiłku było moim obowiązkiem. Zanosiłem mu również wspomniane książki. Pomagałem ojcu zabezpieczać kryjówkę. Siano ze strychu było przecież użytkowane jako karma dla zwierząt. Stanisław Hojda w dzień nie mógł opuszczać strychu. Potrzeby fizjologiczne mógł załatwiać najczęściej po zmroku, wtedy też wychodził na chwilę z ukrycia, ale był bardzo ostrożny. Jak wspominał później po latach, ukrywanie się spowodowało, że potrafił kontrolować swój organizm. Stanisław miał ogromną wolę życia, chciał znowu spotkać się ze swoją narzeczoną, założyć rodzinę i jak często wspominał, to było dla niego motywacją, trzymało go przy życiu.

Wspominał Pan, że nikt nie widział Stanisława Hojdy zmierzającego do waszego domu. Kto zatem wiedział o ukrywającym się u was człowieku? Czy były jakieś niebezpieczne sytuacje, które mogły zakończyć się dla niego i dla was tragicznie?

O ukrywającym się Stanisławie Hojdzie wiedzieli moi rodzice, ja i pan Wojnarowski z Krakowa. Żaden nasz krewny ani nikt inny nie wiedział o tym. Tę tajemnicę udało się utrzymać do końca. Miałem 12 lat, kiedy do nas przyszedł, a pozostał prawie 2 lata. Byłem dorastającym chłopcem, miałem kolegów, z którymi się spotykałem i bawiłem. Nie mogłem ich przecież unikać, ale z drugiej strony musiałem być bardzo ostrożny, żeby z niczym się nie zdradzić. Pamiętam taką sytuację, kiedy w czasie jakiejś zabawy z kolegami obok naszego domu jeden z nich krzyknął, że zobaczył na strychu człowieka. Starałem się to zlekceważyć, wmówić mu, że to przywidzenie, ale on się strasznie upierał. Poszliśmy chyba wtedy na ten strych, ale oczywiście nikogo tam nie było. Ten epizod był dla wszystkich przestrogą, należało być jeszcze bardziej ostrożnym. Najbardziej niebezpiecznie było wtedy, kiedy Niemcy robili obławę na partyzantów, przeszukiwali domy i budynki gospodarskie. U nas też była kontrola, przeszukiwano strych, ale siano trochę utrudniało, więc Niemiec widłami je nakłuwał. Na szczęście nie dosięgnął Stanisława, który był zakopany trochę głębiej. Było to wydarzenie, które bardzo nas wszystkich wystraszyło, ale Opatrzność Boża czuwała nad nami. Podobno był też taki człowiek, który domyślał się, że ukrywamy kogoś, obserwował nasz dom, ale na szczęście nic nie wypatrzył. Wszystko szczęśliwie się skończyło.


 

Kiedy Stanisław Hojda opuścił kryjówkę? Gdzie się wówczas udał?

Tuż przed nadejściem frontu w styczniu 1945 r. wszyscy poukrywali się po piwnicach. Mój tata był u sąsiadki, pani Łatowej, a ja z mamą u wujka Janika. Zaraz po przejściu frontu Stanisław Hojda wyszedł z ukrycia, dał znać mojemu ojcu i pojechał do Krakowa. Można powiedzieć, że zniknął, nie żegnał się wtedy z nami specjalnie. On bardzo się spieszył, bo chciał odnaleźć swoją narzeczoną i rodzinę. To były jeszcze ciągle niebezpieczne i niepewne czasy, myślę, że nie chciał nas też narażać, wolał się usunąć. Człowiek zawsze ma nadzieję, wierzy, że przeżyje, że spotka się z bliskimi. Marzenie Stanisława Hojdy spełniło się, jego narzeczona Fryderyka przeżyła wojnę i wróciła z obozu koncentracyjnego w Niemczech, z amerykańskiej strefy okupacyjnej. On ponoć ciągle chodził na dworzec i dowiadywał się kiedy przyjedzie jej pociąg. Podobno przywitał ją na peronie i ubrał w specjalnie przygotowane dla niej futro, mimo, że była zawszona i brudna po tej podróży. Taką opowieść zawsze oboje później wielokrotnie powtarzali. Stanisław i Fryderyka pobrali się chyba jesienią 1945 r. On razem ze szwagremHenrykiem Fuchsem prowadził zakłady kuśnierskie w Rynku Podgórskim i przy ul. Kalwaryjskiej. Jesienią 1947 r. Stanisław i Fryderyka zdecydowali się na emigrację. Nie czuli się dobrze w Polsce, mieli dużo tragicznych wspomnień, wielu członków ich rodzin i krewnych zginęło. Najpierw wyjechali do Izraela, a później do Kanady, gdzie zamieszkali na stałe, tam dzisiaj żyją ich potomkowie. Dochowali się dwójki dzieci, syna Marka i córki Shelley, na świat przyszły też wnuki.

Kiedy krewni czy sąsiedzi dowiedzieli się o tym, że pańscy rodzice ukrywali u siebie Żyda? Jaka była ich reakcja?

To też było zaraz po przejściu frontu w 1945 r. Kiedy Stanisław Hojda wyszedł z ukrycia i pobiegł do pani Łatowej, żeby poinformować tatę o swojej decyzji, że jedzie do Krakowa, przestało to już być tajemnicą. Po Radziszowie powoli zaczęła się rozchodzić plotka, że „ Toszowie przechowywali Żyda”. Wiem, że we wsi było lekkie poruszenie. Do nas osobiście, twarzą w twarz, nikt nic nigdy nie powiedział, nic nie komentował. A co ludzie plotkowali o nas między sobą, to nie wiadomo…, nigdy się tym nie interesowałem.

Jak układały się po wojnie relacje między wami jako Ratującymi a Ocalonym ?

Stanisław Hojda nie zapomniał o nas. Był zawsze bardzo wdzięczny naszej rodzinie i często to podkreślał w czasie spotkań i rozmów, traktował nas jak swoich najbliższych krewnych. Tę wdzięczność przede wszystkim chciał okazać pomagając mi nauczyć się zawodu kuśnierza, przyjmując mnie na praktykę do swojego zakładu, użyczając pokoju, kiedy chodziłem do szkoły w Krakowie. Utrzymywał z nami kontakt, również po wyjeździe z Polski. Zaprosił mnie do siebie do Kanady w 1968 i 1989 r. On przyjechał do Polski na wycieczkę na przełomie 1987 i 1988 r. i również odwiedził naszą rodzinę. Odwiedziła nas również jego córka Shelley z mężem Michaelem Livermanem na początku lat 90-tych, kiedy zwiedzali Europę. W 2001 r. odwiedziła nas jego wnuczka Melissa, która przyjechała również na wycieczkę do Polski. Kontakt z rodziną Hojdów utrzymuje też moja córka mieszkająca w Kanadzie. Stanisław z własnej inicjatywy czynił starania o przyznanie medalu naszej rodzinie, gdy tylko pojawiła się taka polityczna możliwość [5], aby podkreślić również w ten symboliczny sposób swoją wdzięczność. Bardzo chciał, żebym ja też został uhonorowany, ponieważ pamiętał i doceniał moją pomoc i moją postawę w tamtym trudnym okresie, mimo że byłem dorastającym chłopcem. Kapituła medalu zdecydowała jednak, że odznaczenie przyzna tylko moim rodzicom. Takie są reguły. W czasie spotkań ze Stanisławem Hojdą rozmawialiśmy często i o tamtych ciężkich czasach. Hojdowie jak wiele innych rodzin żydowskich doświadczonych wojną patrzyli na Polskę, jako na miejsce, gdzie spotkała ich wielka krzywda, miejsce, które jest cmentarzem. Ale Stanisław podkreślał również zawsze, że to w Polsce spotkał ludzi, którzy uratowali mu życie. Hojdowie nie byli religijni, Stanisław mówił, że podczas wojny przeżył kryzys wiary.

 


 

Kiedy i gdzie odbyła się uroczystość wręczenia medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata?

Uroczystość odbyła się w 1992 r. w Krakowie w auli Akademii Rolniczej. Moi rodzice nie dożyli tej chwili, a szkoda. Ale tak bywa w życiu. Oni nie zrobili tego dla żadnego medalu, tylko dlatego, że tak im kazało sumienie. Nikt w tamtym czasie nie myślał o medalach ani zaszczytach, kto i kiedy miałby je przyznawać? Najważniejsze słowa usłyszeli od Stanisława.

W czasie uroczystości w Krakowie wręczono medale przedstawicielom 20 rodzin udzielających pomocy ludności żydowskiej. Pamiętam, że brało w niej udział dużo gości, przede wszystkim było dużo młodzieży. Medale wręczał ambasador Izraela w Polsce. Była to bardzo wzruszająca chwila dla wszystkich, dla mnie również. Trudno mi o tym mówić. Medal i dyplom mają dla mnie i dla mojej rodziny bardzo dużą wartość.

Żyjemy współcześnie w bardzo niespokojnych czasach, na świecie ciągle toczą się wojny, wśród ludzi jest dużo nienawiści. Za naszą wschodnią granicą od dłuższego już czasu panuje bardzo napięta sytuacja i giną ludzie. Co chciałby Pan przekazać młodym ludziom z perspektywy swoich doświadczeń życiowych na zakończenie naszej rozmowy?

Żeby ludzie szanowali się nawzajem, żeby kierowali się przykazaniem miłości: „ Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Niezależnie od tego jakiego jest pochodzenia czy wyznania.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła i opracowała Barbara Bierówka

 


[5] W 1967 r. Polska pod wpływem ZSRS zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zostały one wznowione dopiero 27 lutego 1990 r. przez rząd Tadeusza Mazowieckiego. Ten fakt wpłynął na przerwanie procedur przyznawania medali Sprawiedliwy wśród Narodów Świata dla Polaków. [przypis autorki wywiadu]

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4

Stowarzyszenie

ul. Szkolna 4
32-052, Radziszów

Nasz rachunek:
Krakowski Bank Spółdzielczy
Oddział Skawina

10 8591 0007 0310
0561 8792 0001

Logowanie